- Słucham cię kochanie-
„— Słucham cię, kochanie.
— Chciałem z tobą porozmawiać.
Zanim treść tych słów i ich niezwykły ton dotarły do niej, minęła dobra chwila. Zosia odwróciła się i spojrzała na mnie podejrzliwie. Listopadowa szarość kładła się na jej twarzy czyniąc ją starszą, a w jej oczach wyczułem zimno. Nagle przeraziłem się.
— Proszę cię — odparła. — Ale szybko, bo niedługo wychodzę.
— Dokąd — szepnąłem.
— Przecież wiesz! Na zebranie Komitetu! — odparła. — Razem z Martą.
Moje obnażone ciałko drżało od tego niespoIIHW ;mr. chłodu; imię Marty było samą wrogością.
— Właśnie — wybąkałem. — Ja też miałem wyjść... Może byśmy posiedzieli w domu
Tego już Zosi było za dużo. Jej ręce przerwały śniadaniowe ruchy, jak gdyby wyłączono je z kontaktu.
— Krzysiu, zastanów się! Co ty proponujesz Kiedy to spędzaliśmy w domu niedzielne przedpołudnia!
— A gdyby tak raz... — zapytałem nieśmiało.
— Marzyłabym o tym! — zaśmiała się. — Gdybyś wcześniej uprzedził... Przecież zawsze mówiłeś „Szczęście rodzinne należy dozować ostrożnie jak krople na serce... Raz dziennie po obiedzie. Inaczej zabija".
— To były żarty — westchnąłem. Zosia rzuciła na mnie szybkie, kontrolne spojrzenie, czy też się z niej nie naśmiewam.
Coś ci dolega — zapytała z troską.“(11)